iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Polska Razem jest najważniejsza

 Jarosław Gowin założył NOWĄ partię - Polska Razem, dla tych którzy czują się rozczarowani POPiSem, podobno... Oklaskii!

Kto to finansuje?! Wynajęcie sali, wydrukowanie ulotek, plakatów, zrobienie logo? Gowin z własnej kieszeni czy społeczeństwo płacąc haracz podatkowy?! Na co komu kolejna partyjka u żłobu, z tymi samymi gębami, zmieniającymi światopogląd, byle utrzymać się przy korycie?  I te frazesy w stylu: "Polityka nie może być źródłem przywilejów".., Nawet w Gambii czy Urugwaju jest a co dopiero w państwie unijnym, jakim jest Polska. 

Newsweek pokazuje zdjęcie, na kórym Jarosław Gowin trzyma mapę Londynu... On też pojedzie, jak kiedyś miłujący wszystkich premier Tusk, do kraju największej emigracji zarobkowej by mieszkających tam Polaków zachęcać do powrotu? Bo tu jest praca, potencjał i  on... Jarosław, z parciem na władzę. Bo gdy ma się parcie, to potrzebne jest poparcie...

A wybory tuż, tuż...

 

Komentarze (3)
Jeśli nie chcesz mojej zguby

 ... torbę Gucci kup mi luby (najlepiej ze skóry krokodyla). Czytając artykuły na stronie daily telegraph.co.uk, dotyczące ataku terrorystów na centrum handlowe w Nairobi, widzę perfidię i cynizm wydawców gazety oraz zachłanność reklamodawcy (w tym przypadku firmy Gucci). Wiadomo przecież, iż relacja na żywo, nagrana telefonem komórkowym przez przypadkowego uczestnika ataku  i klienta tegoż centrum, przyciągnie do okienka wielu ludzi, złaknionych relacji, sensacji, rewelacji... Ten ktoś nagrywa sytuację z pozycji podłogi, widać nogi oraz słychać strzały. Terroryści zabijają ludzi a Gucci sprzedaje marzenia... Ku pokrzepieniu serc?

 http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/africaandindianocean/kenya/10327492/Nairobi-shopping-mall-attack-amateur-footage-emerges-of-initial-stages-of-attack.html

Komentarze (0)
Mówią, jak jest

   Mariusz Max Kolonko w  wywiadzie dla tygodnika "do rzeczy" mówi, jak jest z młodymi ludźmi w Polsce i co rząd robi z nimi - "stygmatyzuje ich", a ci wyjeżdżają za granicę, by jakoś się żyło. Płacz i zgrzytanie zębów co rusz słychać, bo kto będzie opiekował się na starość rodzicami i kto zarobi na ZUS? Więc rząd mówi jak jest, czyli ma pomysł na zasilenie instytucji emerytalno - rentowej pieniędzmi z OFE. 14 lat temu ówczesny rząd grzmiał, iż trzeba wyrwać nieco pieniędzy ZUS-owi, bo to studnia bez dna, a dziś kolejni fachowcy chcą wyrwać kasę z OFE, by ZUS- owi żyło się lepiej, chyba, bo raczej nie emerytom obecnym i przyszłym...

Kolega po fachu pana Mariusza, Tomasz Lis też mówi jak jest, nie szczędzi słów i szczery jest aż do bólu, gdy opisuje swój stan umysłu: "Jestem wystarczająco inteligentny żeby pracować w telewizji, ale nie żeby ją oglądać." Widzów nazywa "baranami" i ma poniekąd rację, bo ci płacąc abonament oraz ogladając program marnej jakości, pozwalają panu Lisowi żyć w dostatku i  spłacać kredyt na luksusową willę bez problemu.

Zaś prezes PiS-u nie mówi jak jest tylko jak będzie, gdy "ponownie zostanie premierem Polski" - zlikwiduje bezrobocie, podwyższy płace, czyli zabierze bogatym a da biednym.  Był taki serial o podobnej tematyce, ale tamten bohater nazywał się Janosik a nie Kaczyński, a może coś pomyliłam?

Schodzę na ziemię, trochę w realu należy się zanurzyć, i chętnie to zrobię. Dyrektor szkoły, do której ma zaszczyt podobno uczęszczać me dziecko, tak oto przywitał nas rodziców: - Proszę państwa, żadna szkoła i żadne studia nie gwarantują pracy... Mówię jak jest. Po chwili zastanowienia dodał: - No, chyba że po seminarium...

Tylko, że ja córkę mam...


 

Komentarze (0)
Bóg na wyłączność

 

Nie interesuje mnie kwestia czy bóg/ bogowie istnieją, jak wygląda(ją), czy stworzył/ stworzyli świat, tylko w jaki sposób ludzie z nim(i) się obchodzą. Każda z religii wydaje się mieć monopol na boga, wiarę, możliwości kultu, sposoby karania ewentualnych grzeszników, choć ten ostatni aspekt jest nieodzownym elementem większości wyznań. Poczucie winy. Wyrzuty sumienia. I najbardziej wyrazisty - strach. Przed gniewem bożym, ogniem piekielnym, wiecznym potępieniem. Nie taki bóg straszny jak go opisują, skoro wojny wciąż się toczą, a ludziska wymyślają najbardziej okrutne tortury, dla tych, którzy podporządkować się nie chcą.

Skoro święte księgi zakładają dopuszczalność istnienia i czczenia innych bóstw (biblijne przykazanie "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną"), to o co cały ten ambaras? Grozi nam laicyzacja! Grzmią biskupi. A co odważniejsi nazywaja Europę  - Eurabią. Bo tam, gdzie chrześcijaństwo stało się  tylko elementem tradycji kulturowej i odchodzi się od czynnego kultywowania, luki zapychane są fanatykami czytającymi koran ale tylko wybranymi wybiórczo frazami. Nie jest to oczywiście cechą charakterystyczną li tylko muzułmanów, w końcu inne religie też co i bardziej przydatne fragmenty swoich ksiąg biorą pod lupę i karmią nimi swych wiernych. Najważniejsza jest siła przekonywania co do swoich racji, bo taka jest prawda i innej prawdy nie ma. Na tak skonstruowane radykalne zagadnienie co nielicznym trudno jest znaleźć rozsądną odpowiedź, toteż wszystkim tym, co mają odmienne zdanie, siłą że woli oraz prawodawstwem narzuca się niejednokrotnie światopogląd wyznaniowy.

Wydawałoby się, iż w XXI wieku wojen na tle religijnym być nie powinno, a jednak pod płaszczykiem wiary i w imię figur, obrazów, ksiąg czy nazewnictwa, orędownicy tychże zwierają szeregi i urządzają krucjaty, tym razem słowne. Słowo ma ogromną siłę oddziaływania, jeszcze większą, gdy nie za wiele rozumie się z jego treści, ale o to właśnie chodzi tzw. pośrednikom boskim. Upupiają ludy skutecznie, mamiąc jakimś bliżej nieokreślonym zbawieniem lub wieczną krainą szczęśliwości.

Można szafować bogiem na wiele sposobów, bo nie zrobi nic na swoją obronę (a czy właściwie jej potrzebuje?), pisze się o nim książki ("Bóg urojony"), umieszcza w hasłach (bóg, honor, ojczyzna), hymnach (god save the queen/ king), na pieniądzach (in god we trust)... A każda nacja, społeczność czy grupa uważają, iż tylko oni mają licencję na boga stworzonego na podobieństwo... swoje.



Komentarze (0)
Hava nagila!

  Radują się me oczy, bo odczytały maila z wiadomością, iż  moje "zgłoszenie zostanie przekazane do sprawdzenia i poprawy", i sprawdziłam, i działa dział "edycja bloga" jak było na początku i niech tak  zostanie na wieki... Internet to potęga, jednak, jego użytkownicy bardzo szybko reagują na nieprawidłowości np. gospodarki czy nieuczciwych producentów i zanim dojdzie do jakiejkolwiek (ciągnącej się w nieskończoność rozprawy sądowej), konsumenci bardzo wyraziście odnoszą się do niesolidnych  dostawców wszelkiej maści dóbr. Zatem bądźmy wdzięczni tym, którzy chcą nam pomóc i pochylają się nad naszym problemem skutecznie (te słowa kieruję do administratora portalu iwoman, między innymi,  który zapobiegł dalszemu pogłębianiu się mej irytacji). 

Jako konsumentka, niewiele różnię się od innych, widzę oszustwa, plastikowe jedzenie, zaniżanie wagi i zawyżanie cen. Promocje bywają absurdalne, jak te np. w Kauflandzie. Mam kotki, takie puchate marudy i dla nich kupuję piasek, regularnie, ten sam produkt, od kilku lat. I co robi sklep? Podnosi cenę o około 60 groszy, po czym wypisuje na kartoniku  skreślone 6,45zł a ponżej 5,49zł. Ten produkt nigdy nie kosztował 6,45zł! Nie rozumiem tej promocji! 

Wczoraj miałam okazję (sic!) kupić proszek w promocji, 7 kg za 20zł. Po zastanowieniu odmówiłam sobie tej przyjemności, no bo co, kurczę blade, niby zaoszczędzę ale połowa proszku zostanie w dozowniku, zwarta niczym gruda skalna a jak wsypę bezpośrednio do bębna i akurat będę prać ciemne rzeczy, to połowa środka piorącgo zostanie na nich, niczym smugi bielejące. Producent, a i co mądrzejsza znajoma, twierdzi, iż to wina wody. Takie lanie wody to nie dla mnie, bo łatwiej zmienić proszek niż wodę w rurach... 

Gorzej, gdy coś kupimy  a to coś psuje się. Na szczęście na gwarancji, pod warunkiem, że ją mamy. Taki świstek papieru, blank, jak to mówią Anglicy, a który zapodział się w mym domu, jak na złość (prezentacja poniżej):

Chodzi o telefon z firmy Orange, smartfon dokładniej. Pół roku użytkowania i nie działa, zatem zanoszę do salonu sprzedaży i proszę o przyjęcie do naprawy wyżej wymienionego sprzętu. Pani pyta o gwarancję, ja jej na to, iż mam umowę, fakturę zakupu. Nie, gwarancja musi być, inaczej nie przyjmie. Jak to nie przyjmie?! Ja mam dokumenty, ważniejsze niż ten świstek papieru a ona uparta jak osioł, nie i nie. No to się zdenerwowałam, i ją werbalnie obraziłam: weź kobieto ten telefon do naprawy! Ja purpurowa na twarzy, bo rzadko zdarza się abym była nieuprzejma dla sprzedawców, ona jeszcze bardziej. Usłyszałam tylko: telefon nie jest zakupiony w naszym salonie i nie mam obowiązku go przyjąć. Koniec.

Jadę zatem do salonu firmowego (inne miasto) i przed wejściem  mantra na uspokojenie. Wchodzę, wyłuszczam problem i zaczyna się... Gwarancja, nie mam, bez gwarancji nie przyjmę, a może pan coś jednak zrobi w tym kierunku, on na to, zobaczę co da się zrobić, a ja na to, proszę mi pomóc, on się pyta, gdzie zakupiłam telefon, to ja mu, iż poprzez inernetową stronę Orange a on popatrzył na mnie i jakby zobaczył UFO... Obcy wtargnął na jego terytorium i gada do niego po marsjańsku... Paczy na mnie i paczy i w końcu duka: pani pokaże te papiery, co dostała od kuriera. Faktura jest, umowa jest, regulamin jest i nawet telefon przyniosłam, ale gwarancji nie mam. Zagubiłam! Siermięga ze mnie. Popaczył jeszcze raz, po czym wstał, poszedł na zaplecze, przyniósł świstek i z rozbrajającym uśmiechem mówi, że znalazł ostani blankiet ale jak swój znajdę to przy odbiorze mam im dostarczyć. Znajdę, doniosę, tylko przyjmijcie do naprawy... 

Finał sprawy

Jadę po odbiór telefonu, podaję pani karteczkę oraz kartę gwarancyjną! Tak, znalazłam, pusty blankiecik, niczym nie zapisany, ot kilka karteczek zadrukowanych.. A pani na to, że to jej niepotrzebne??? I jeszcze ładnie pyta - dostała pani telefon zastępczy? To można było dostać??? 

A na drzwiach tego salonu firmowego wisiało ogłoszenie o pracę, że przyjmą do obsługi klientów. Tego pana, który mnie obsługiwał nie było na stanowisku. Może go zwolnili, bo za dużo gwarancji wydawał z zaplecza?

 

Komentarze (0)
Bez liftingu...

Co tu się dzieje, że niewiele się dzieje na portalu iwoman? Blogi obumierają śmiercią naturalną, sezon ogórkowy permanentny. Nie żebym narzekała, robię co mogę, ale widzę, iż blogownia wyczerpuje się, może coś złego dzieje się na rzeczy, redukcja etatów albo inny kataklizm. Portal wydaje się być uśpiony, redakcja słabo zaangażowana, bo i na maile nie odpowiada. A u mnie problem techniczny nastąpił i nijak rozwiązać samodzielnie go nie potrafię. Myślałam, iż bardziej prajwyt da się go załatwić ale skoro nie, to upubliczniam go. Otóż, po zalogowaniu nie działa sprawnie zakładka "edycja bloga", nie działa licznik odwiedzin, dzienny, ogólny natomiast od ponad dwóch tygodni widnieje informacja:

Błąd 404 - Not Found

Przepraszamy!

Podana strona nie istnieje lub zmieniła lokalizację w zasobach blog.iWomen.pl

Co to jest?! Nie lubię to - jak kiedyś wyraziła się tutaj czarnapantera (pozdrawiam) i nie rozumiem. Czy ten błąd da się naprawić, czy jest w zakresie możliwości  redakcji i czy kiedykolwiek powróci stan pierwotny, czyli działający poprawnie, łatwy w obsłudze, nie stwarzający irytujących sytuacji.  W tak niezbyt sprzyjających okolicznościach technicznych, dalsze postępowanie w prowadzeniu bloga staje się bezzasadne, zatem proszę wysoką redakcję o przyjrzenie się problemowi i jakowemuś zaradzeniu. Skutecznie.  

 


Komentarze (0)
Coming out...

... po raz pierwszy, mimo iż setny wpis się zdarza (hip hip hooray!)

Historia doświadczeń życiowych...W ósmej klasie podstawówki konkurs literacki zostaje ogłoszony  i ja jako "dobra uczennica" (w tym z języka polskiego) musiałam/ miałam napisać opowiadanie na temat problemów okołonastolatkowych. Za komuny wbrew pozorom dorastająca młodzież socjalistyczna miała wiele problemów, w tym narkotyki. No i nie znając tematu dogłębnie szrajbnęłam jakieś opowiadanie. Pierwszym recenzentem był zniewieściały, sepleniący pan dyrektor, który z racji pozycji oraz tego, iż uczył nas P(rzysposobienia) O(bronnego), zażądał dzieła celem oceny, czy szkoła aby wstydu nie zazna, gdy miernotę jakąś wypuści. Na lekcji przeczytał i przy moich kolegach stwierdził, iż Aneta z 8a lepiej wywiązała się z zadania. Miałam wówczas bardzo trudną sytuację rodzinną, patologia na całego, ojciec znęcał się nad nami, pastwił, bij, kradł, targał zeszyty, wyrzucał z domu. Ale w szkole - cicho sza - matka kazała z domu wychodzić i uśmiechać się szeroko jak gdyby nigdy nic... Więc szłam do szkoły poobijana psychicznie z wielkim błazeńskim bananem na gębie, a co! A tu jeszcze grymas niezadowolenia na twarzy dyrektora i pierwsza krytyka. Zabolało? A jakże! Wrażliwa byłam to i odpowiedziałam, iż napisałam najlepiej jak potrafiłam.

I oto nadszedł sądny dzień rozwiązania konkursu - niestety, zdobyłam tylko trzecie miejsce w kategorii szkół podstawowych a Aneta (fajna poniekąd dziewczyna) z 8a - nic. Byłam dumna z siebie, ale dyrektora znielubiłam na wieki.

Miałam wiele marzeń,  czasami najbardziej absurdalnych, i właściwie nikogo wokół, kto by pchnął, podał rękę, abym mogła zrobić krok naprzód. Matka tylko ciągle mówiła - ucz się, ale kasy na książki, słowniki, encyklopedie nie było. Jeździłam palcem po mapie, przeżywałam rozterki bohaterów powieści wypożyczanych ze szkolnej biblioteki, modliłam się, żeby ojca szlag trafił. Nie trafił - ma się całkiem dobrze a ja wciąż na rozbiegu.

Po co to opisuję? A to dlatego, iż dzieciństwo, baza owa, jest swego rodzaju "wyrzutnią" w dorosłość, determinuje wybory, pomaga przetrwać ciężkie sytuacje lub jest punktem odniesienia w chwilach zwątpienia. Krytyka dyrektorka podstawówki była niczym  w porównaniu z odrzuceniem, przemocą, upokarzaniem a w ostateczności całkowitym wyparciem się mnie jako istoty ludzkiej przez jednego z tzw. rodziców.

Jednego uczucia wobec niego pozbyłam się, mam na dzieję, do końca mych dni... Nienawiści, która niszczyła mnie od środka, nie pozwalała normalnie żyć. Dziś odczuwam... obojętność, a ta według Alberta Camus, "jest najgorszym grzechem wobec bliźniego". Zatem niech i tak będzie...

 

Zamiast tortu upamiętniającego 100-ny wpis, pożywne angielskie śniadanie:) Tym razem bez keczupu...

 

Komentarze (0)
Wiadomość od Jennifer...

Piękny, sierpniowy poranek, krople rosy błyszczą niczym klejnoty, stoję na tarasie z filiżanką kawy*, która jest substytutem śniadania, obiadu a może i kolacji też... Tych kaw będzie więcej w ciągu dnia, zakwaszają mój żołądek i  resztę organizmu ale znielubię każdego, kto odradzi mi picie tego wspaniałego napoju, o niesamowitym aromacie, który najbardziej uwypukla swe walory podczas mielenia ziaren. Mam takiego antagonistę w domu (jak większość kobiet:)), który nazywa mój nektar... błotem lub wdzięcznie -  bagienkiem a ja mu na to, iż bardzo dobrze, bo bagienko owo to niczym spa dla ogra Shreka, którego lubię, w przeciwieństwie do mego antagonisty (o czym wspomniałam już powyżej).

Nie bez kozery napomknęłam o kawie** jako żywieniowym środku zastępczym, bo oto przeczytałam  reklamę w jednym z tygodników, której wydawca poświęcił aż trzy strony (a może to było życzenie reklamodawcy) na temat bardzo ważny, który przedstawia nam nieznana bliżej, a zaordynowana w tytule tego wpisu - Jennifer. W społeczeństwie, w którym podobno nie czyta się za wiele, taka reklamowa, przydługa informacja pewnie stanowi nie lada problem gdyż trzeba poświęcić mu nieco skupienia i czasu. Reklamodawca ułatwił nieco zadanie, mającym wieczne pretensje zniecierpliwionym czytelnikom, i oznaczył co istotniejsze "fakty" dużą lub kolorową czcionką.

Zatem o czym owa anonimowa Jennifer (nie do końca to prawda ci jest, bo ma konto na fejsbuku:)) opowiada? Szybciutko zaanonsuję wątek: Panowie, a szczególnie panie, zaczynamy odchudzanie!

Phi?! A co to za temat?! Jak Lenin - wiecznie żywy... Stajemy się społeczeństwem grubasów! Czytam to tu, to tam. Choć to dziwna zależność jest - portfele chudną a ciała przybywa... Bo żeby tyć, trzeba jeść dużo a to kosztuje. Wracając do opowieści Jennifer - wynika z niej, iż żadna dieta jak dotąd nie działała a ta... Jak myślicie? Wiem, "myślenie nie jest łatwe (jak powiedział jeden z bohaterów  "Kubusia Puchatka"), ale można się do niego przyzwyczaić":)

Wzięłam sobie tę jakże wymowną maksymę do serca i potaknęłam... Oczywiście, to była prawidłowa odpowiedź, bo i po co byłaby reklama i zwierzenia coraz bardziej bliskiej mi Jennifer... Wzięłam pod lupę jej wzrost  1,69m oraz jej (nad)wagę  - 92kg oraz swój wzrost - 1,58m i przeliczyłam, ile ewentualnie "powinnam" ważyć, aby zacząć martwić się o wygląd...

Zatem mnożę i dzielę: 1,58x92:1,69=86kg.

No i wyszło, iż mam niedowagę, ponad 20 kilogramów:) Z obecną wagą mam nadwagę ale gdy porównałam się do Jennifer, to sampoczuce wzrosło aż o 200%! Mogę jeść wszystko! - "makaron, pizzę, słodycze do woli",  popijając słodkim, gazowanym napojem i ani grama tłuszczu nie przybędzie! Zapobiegnie temu roślinka zjadana w kapsułkach, trzy razy dziennie, w ilości sztuk - 2. Muszę dotyć wpierwej do 86 kilogramów a potem zakupię program kapsułkowy. Wyliczyłam, na podstawie zwierzeń Jennifer, iż wystarczy mi miesiąc do uzyskania obecnej wagi i około czterech aby... zniknąć.

W literaturze tzw. popularnej również poruszają ten problem; może dzięki temu czytelnictwo w społeczeństwie wzrośnie:)

"- No i jak, Andrea - mówię - trochę się przytyło, prawda?

- To zależy, jak na to spojrzeć. Bo wiesz, ja zamierzałem przytyć sześć kilo, ale udało mi się przytyć tylko cztery, więc tak właściwie, to schudłem o dwa. Racja?"

Z książki D. Castagno "Za dużo wina Toskanii"

* nie mam tarasu, niestety, ale tak wyobrażam sobie picie kawy...

** kawa zakwasza, fakt, więc dziś zamiast z wody z kranu zrobiłam ją z wody mineralnej...

 

 

Komentarze (0)
Rozumiemy się?...

Ja głupia, uboga niewiasta poszłam do lekarza i poprosiłam o pomoc:

- Panie doktorze, pan mi pomoże,

przyszłam na konsultację, mimo iż są wakacje...

Wyciągam z torebki papiery, badania, wyniki, testy i pokazuję mu, nieboga, a on do mnie srogo:

- Zbadam panią i wydam  orzeczenie własne, niezależne od mych kolegów, jasne?!

Tego właśnie oczekiwałam. Mając wątpliwości, co do wniosków innych lekarzy, idąc do kolejnego, chciałam zasięgnąć porady, ot wszystko. W końcu idzie o me zdrowie, ba, nawet życie... Zapragnęłam merytorycznej rozmowy, w miłej atmosferze a tymczasem:

- Pani nie współpracuje, kazała badanie przerwać!

I w dodatku zaczyna mnie pytaniami wnerwiać!

Spojrzałam na niego zdumiona, czerwona lampka  dała sygnał w mózgu, iż niewiele tu wskóram, pod wpływem jakże ostrych słów, wypowiadanych tonem dla imbecyli, poczułam, jak marnieję w oczach oraz wzrost mi się kurczy. Wysłuchałam tyrady do końca, niestety:

- Pani zrobi usg i przyjdzie do mnie ponownie, a wtedy wydam opinię. Bez usg nieczego się pani dziś nie dowie, to tyle. Rozumiemy się?...

Epilog

Przy kontuarze stoję, aby zadać pani rejestratorce bardzo ważne pytanie:

- Proszę pani, ile kosztuje badanie usg i na kiedy można się umówić?

- To zależy, jak jest pani na prywatnej wizycie to usg jest płatne, a jak z NFZ- u, to nie.

- To ja z tej drugiej puli jestem.

Pani wyciąga kajecik i sortuje kartki...

- Noo.. - zaczyna.

Kończę za nią:

- W tym roku już nie ma terminów? (nie żebym była jasnowidzem)

- Nie ma.

Rozumiemy się?



 

Komentarze (0)
Piejo kury, piejo...

...a - doodle - doos, bo dziś mowa będzie o angielskich kogutach właściwie, co to oprócz tego, iż dźwięk wydają różny niż inne kogucie nacje to i jeszcze o nieodpowiedniej porze to czynią, ale w iście w angielskim stylu czyli fajfoklok tyle, że rano:)

Jestem trochę takim anglolubem, bo i humor ichni mnie śmieszy, jazda po lewej stronie przeraża, ogrody zachwycają a śniadanie nie czyni niestrawności, pod warunkiem, iż wszystkie składniki posiłku okraszone są dużą ilością ketchupu:)

Z powyżej wymienionych elementów najbardziej cenię sobie poczucie humoru ludzi Albionu, dystans jaki do siebie mają i swych przywar i że potrafią to okazywać  na wszelkie sposoby. Oni też mają swoje problemy (a jakże), choćby ten związany z wiekiem emerytalnym (u nich w przeciwieństwie do Polski nie ma w tej kwestii równouprawnienia, niestety)...

*

*(The Daily Telegraph)

Wracając do bohatera dzisiejszego wpisu, czyli koguta, pewien brytyjski dziennikarz BBC uszczęśliwił siebie i rodzinę nabywając dom na wsi aby w weekendy móc wypocząć od trudu mieszkania w Londynie. Nie przewidział biedak, iż wieś swoje prawa ma a także piejące koguty o bardzo wczesnej porze, czyli bladym świtem. Wybudzony ze  snu głośnym cock - a - doodle - doos, myśli miał zaiste mordercze, o czym nie omieszkał  podzielić się z tweetującymi innymi mieszczuchami, co miało również daleko idące konsekwencje, bo i artykuł o nim powstał. Nie sądzę, aby chciał zostać celebrytą, w końcu wykonuje zaiste poważną pracę - rozmawia z prezydentami i premierami (dziennikarz ów zajmuje się polityką) i jak donosi gazeta, zachowuje zimną krew podczas dyskusji z nimi. W całej tej historii mnie najbardziej urzekła wypowiedź właściciela piejącego ptactwa: "Koguty są częścią wiejskiej egzystencji. Karmimy je ale one  żyją własnym życiem"...

Widzę analogię do polskich polityków - są częścią naszego krajobrazu, karmimy ich ale oni i tak żyją własnym życiem, z tą różnicą, że nie pieją o piątej rano. Tylko przed kolejnymi wyborami... aby karmy nie brakło...

 

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze wpisy
2013-12-09 10:35 Polska Razem jest najważniejsza
2013-09-23 12:40 Jeśli nie chcesz mojej zguby
2013-09-05 17:37 Mówią, jak jest
2013-09-02 19:49 Bóg na wyłączność
2013-08-29 12:35 Hava nagila!