iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Kto ogłupia kobiety?...

                        

"Co ogłupia kobiety" - hasło w jednym z tabloidowych tygodników tkwi jak stwierdzenie a nie pytanie lub wykrzyknik. Za siłę ekspresji robi twarz pięknej pierwszej pani domu III Rzeczypospolitej. Ideał w każdym... telewizyjnym okienku pojawia się regularnie aby nauczyć polską gospodynię, niechlujną i nie dbającą o perfekcyjny wygląd domowego ogniska, jak segregować śmieci, gdy gmina nie dostarczyła na czas worków w odpowiednich kolorach, na przykład.

Nad ogłupianiem Polek pochyla się pierwszy etyk III Rzeczypospolitej, pani profesor Magdalena Środa, która zrobiła karierę, mimo iż jest humanistką. I za wszystko, obwinia tzw. kobiece pisma, wkładając tym samym kij w mrowisko, bo też i do tego miał posłużyć wywód pani Magdaleny. Nie pojmuję, dlaczego za każdym razem twarzą "kampanii" jest atrakcyjna pani Małgorzata? Program na licencji, nie do końca oddał pierwowzór, czyli brytyjkę Anthea Turner; przebywając w Anglii chętnie oglądałam jej program, choćby ze względu na to, iż był pokazywany jej real house i real garden (oba obiekty naprawdę ładne) a w naszej wersji większość obiektów jest sztuczna, włączając panią Małgorzatę. 

Wracając do pytania, postawionego tak śmiało - w sprawach ważnych, czyli sprzątaniu, makijażu, gotowaniu  tudzież jak uwieść faceta kobiety są ogłupiane przez inne kobiety, zaś w tematyce mniej istotnej, czyli finansach, macierzyństwie, emeryturach - przez mężczyzn. 

Na potwierdzenie tezy pierwszej podaję przykład - posprzątaj sypialnię (np. zbierz jego skarpetki i wrzuć do prania); zrób makijaż a la Marilyn Monroe (tą szminką, którą on dla ciebie wybrał), następnie ugotuj coś pysznego (przez żołądek do serca) a twój mężczyzna będzie twój! Bo jak tego nie zrobisz, radzi redaktorka, to on cię rzuci dla innej! Reasumując, kobiety radzą innym kobietom, jak nie dać się pokonać przez inne kobiety.

Mężczyźni w Polsce mają i real house i real garden i real power i dlatego są specami od doradzania teoretycznego kobietom  w sprawach mniej ważnych, z ich punktu widzenia. Na ten przykład, dzieci są potrzebne i owszem, brakuje ich rocznie 200 tysięcy - twierdzi bezdzietny polityk (sic!) - tylko skąd  brać pieniądze na ich wychowanie? Na to pytanie "ojciec" części narodu nie odpowiedział... 

Pan prezydent zaś wpadł na pomysł, aby Polki nie tylko rodziły dzieci, ale żeby rodziły ich duużo. Oczywiście w przyszłości (Polki) mogą zostać małżonkami prezydenta (ów), co potwierdza, iż w budżecie państwa zawsze są pieniądze na wielodzietne rodziny. 

Niezależnie od tego, kto ogłupia kobiety, mężczyźni czy inne kobiety, gazety, telewizja, politycy, zawsze znajdzie się ktoś... kto chce być ogłupianym. I nie ma na to żadnej rady:)

 

Komentarze (0)
Obława na pokłosie...

Aktorzy urastają do rangi autorytetów, prawdopodobnie  dlatego, że najwięcej czytają - audiobuków, książek, scenariuszy filmowych i teatralnych (z racji zawodu). Choć ilość przeczytanego tekstu nie świadczy o inteligencji czy mądrości, to i tak lubimy posłuchać, co dany artysta z wielkiego ekranu ma do powiedzenia.

Przeciętny obywatel nie czyta za wiele i nie interesuje się za bardzo np. historią choćby własnego kraju  ale może wyrobić sobie zdanie oglądając jakiś film oparty na faktach lub je interpretujący. Patrzy (ów obywatel) na swojego dotychczas ulubionego aktora np. Macieja Stuhra i oczom własnym nie dowierza. To tak było?! Widz zamiast dociekać prawdy we własnym zakresie (pójście do biblioteki, sięgnięcie po opracowania historyczne, zagłębienie się w lekturze) wyładowuje swą frustrację na panu Macieju, bo ten zagrał kogoś, kogo nie powinien? I tak z kuglarza powstaje antybohater, bo widz niedouczony, nie zgadza się z faktem historycznym (bądź jego interpretacją).

A na dodatek aktor ten, wielce uzdolniony, ma konto na fejsbuku i na tym koncie istne pokłosie pomyj na niego się wylało, prawie że obława. O tym ostatnim zjawisku śpiewał dawno temu nieżyjący Jacek Kaczmarski, ale może piosenka ma słabszą formę oddziaływania niż film? A poza tym w czasach barda Solidarności nie było internetu.

Być dziś aktorem, ba, prawie autorytetem, to ogromna odpowiedzialność. To nie tylko gale i zdjęcia na pudelku, to także branie na swe barki ogromu doświadczeń historycznych, prawd, półprawd, czasami wielkiego bagna moralnego. Bo widz już nie odróżnia rzeczywistości od fikcji. Nie wyobraża sobie, aby jakaś tam Bożenka wcieliła się w rolę morderczyni dzieci a inna Hanka na ten przykład zagrała bezdomną. Inny ich wizerunek nie przystałby do wyobrażeń widza i na fejsbukowych stronach pojawiłyby się wpisy typu: Matka Polka zabija dzieci?! Najlepiej ubrana aktorka w łachmanach?! A co to za badziewie! Tak nie może być!

Widz to prosty człek. Jego wiedza pochodzi z filmów, internetu albo z telewizji i zależy od tego, w jakim momencie włączy te media.

Jak nigdy nie słyszał i nie czytał o Jedwabnem, to ma prawo się wkurzyć, co nie?

Jak całe pięć lat wie, że pan Tusk jest premierem, a tu ktoś nazwał go pachołkiem, to pierwsza litera się zgadza, a co z resztą?

Jak w dogodnym dla siebie momencie włącza telewizję w święto niepodległości, to który marsz widzi? Komorowskiego, Kaczyńskiego czy Młodzieży Wszechpolskiej? Z tego galimatiasu to i może zapomnieć po ilu latach Polska odzyskała niepodległość. I już się frustruje i wyładowywuje swą złość np. na pilocie, po czym miarkuje się nieco i mamrocze do siebie: - Kazik, uspokój się, policz do trzech a wszystko wróci do normy..

Zatem liczy - 1..2..3.. i w taki oto sposób, zupełnie nieświadomie, aczolwiek pod wpływem emocji znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie. A gdy jeszcze usłyszy potwierdzenie tego przez jakiś autorytet dziennikarski i to na żywo, to ho, ho! czuje się (ów widz) wielce dowartościowany.

Reasumując, widz ma wiedzę selektywną (pod względem wyboru autorytetów), zabarwioną jednakże radyklizmem:

- pan Maciej - nie

- dziennikarz na żywo - tak

- pan premier - tak, jeśli widz jest piłkarskim kibicem;

                       - nie, jeśli widzem jest pan Kaczyński.

Temu ostatniemu autorytet myli się z autorytarnością, ale o tym jeszcze nie powstał żaden flm.

Komentarze (0)
Mała szkodliwość społeczna...

oto historia krótka Polki:

mąż od 8 lat znęcał się fizycznie i psychicznie na swej poślubionej w kościele żonie. Czy przysięgając miłość, wierność i uczciwość małżeńską dodał w duchu "i będę cię bił aż do śmierci"? Tego dowieść nie sposób, co myślał wówczas małżonek, za to udowodnił, że wspólne życie może być udręką dla ... niej, bo dlaczego nie. 8 długich lat, podczas których policja i sąd nie były w stanie postawić psychopaty do pionu, może ta pierwsza doprowadzała delikwenta do prokuratury, ta zarzuty stawiała, a sąd nie dopatrywał się przestępstwa. Ot, mała szkodliwość społeczna. I nastał sądny dzień dla małżonka, bo widząc swą bezkarność i śmiejąc się żonie w twarz, przekroczył granice swego bestialstwa, sądząc, iż i tym razem nic mu prawo nie zrobi. Oto rzucił się na żonę z nożem i ugodził ją poniżej nerki. Nie udało się niewiaście zataić rany, a jemu wmówić sędziemu, iż żona sama nadziała się na ostre narzędzie. Sąd tym razem poszedł po rozum do głowy i zastosował wobec przestępcy paragraf, który już dawno mu się należał. Dostał karę więzienia. Nie minęło kilka miesięcy, jak sąd chciał przestępcę wypuścić na wolność ale z opaską elektroniczną, taką pewnie, która by pikała za każdym razem, gdyby chciał ponownie zaatakować może już skutecznie swą małżonkę, do której żywił niechęć ogromną zapewne, bo ośmieliła się poskarżyć na jego zachowanie. I tu zadziałał instynkt małżonki a nawet miała prawo głosu: nie zgodziła się na propozycję sądu a ten... łaskawie to przyjął. Ach, pomyśleć, gdyby role się odwróciły i małżonka w przypływie ropaczy i niemocy, znalazła siłę na to, aby wyrwać mu ten nóż i ugodzić bestię ze skutkiem śmiertelnym, to z całą mocą rzekłabym: cóż, umarł, ot mała szkodliwość społeczna.

 

 

Komentarze (0)
Druga płeć...

Wstajesz wcześniej by: nakarmić koty, wyprowadzić psa, podlać kwiatki, wyprasować bluzkę, zrobić kanapki dziecku (a niech pośpi biedactwo dłużej); zrobić listę zakupów, nastawić zmywarkę, pralko-suszarkę, napisać  liścik, co by domownicy, gdy wrócą wcześniej przed tobą otworzyli te urządzenia (nie myślisz nawet o tym, że wyciągną umyte naczynia i wypraną odzież); przygotować namiastkę obiadu, a po powrocie z pracy dokończyć resztę; zrobić makijaż, dziś nieco mocniejszy aby ukryć cienie pod oczami (wczoraj znowu czytałaś do późna ale to jedyna pora gdy możesz pozwolić sobie na bycie z ulubioną lekturą); wypić w biegu filiżankę kawy z ekspresu, bo masz już dość rozpuszczalnej w pracy; pospiesznie udać się na przystanek, by tam w oparach rannego przymrozku przypatrzeć się ludziom, czekających w  niepełnym przebudzeniu jeszcze na nieogrzewany autobus, pamiętający twoje dzieciństwo...

I to wyraźne wspomnienie, które kołacze się po głowie - matka krzycząca na ciebie, że nic nie potrafisz ugotować, a masz już prawie piętnaście lat,a przecież kobieta musi umieć to robić. Brat nie musiał.

I ci panowie filuterni, silący się na oryginalność, aby kupić żonie czerwone goździki. Bo to takie śmieszne jest, dowcipne. Gdy wkoło tyle  feministek i już nie wiadomo, jak te baby będą reagować na przymarznięte tulipany. Bo one są jakieś inne, i nawet o tym filmy powstają. I nie wiadomo czego chcą.

A jak wiadomo i nieliczne o tym manifestują, że aborcja, równe pensje, żłobki, przedszkola, godziwe emerytury, to jakby mówiły, że w kosmosie jest inna ziemia i być może istnieje na niej życie. Ale kto by się tym przejmował, gdy tyle na tej planecie rzeczy ważnych jest do zrobienia.

Kobieta ma rodzić dzieci, które na starość będą jej emeryturą; kobieta  (do pewnego wieku) ma ładnie wyglądać, bo jest tego warta; kobieta jeśli nie chce mieć dzieci  to jest jej sprawa według Palikota, bo do tańca mimo, iż potrzeba dwojga, to jego konsekwencje spadają na jej barki a nie na jej i jego; kobieta jeśli mimo to chce robić karierę, na przykład w polityce to nie może być brzydka (wg opinii p. Millera) ani też kaszalotem (wg obecnego prezydenta). Wyjątkiem jest Nelly Rokita...

Kobiety wszystkich krajów, łączcie się!

 

 

Komentarze (0)
Misz masz...

Odkąd wprowadzono konkursy wszelakie, gdzie jedynym warunkiem uczestnictwa jest wysłanie esemesa, przestałam w nich uczestniczyć, nie dlatego, że nie lubię albo że nie wierzę w wygraną lub co najgorsze w zwyczajne szczęście tylko że po przeczytaniu kiedyś tam artkułu o zorganizowanych grupach komórkowych (chodzi o telefony), wykupujących karty przedpłacowe na sumy przekraczając moją roczną pensję i wysyłające esemesy non stop z szybkością komety, zrozumiałam, iż zabawa ta dla mnie nie ma dalszego sensu, gdyż zwyczajnie nie mam w tym szaleństwie szans. Pomysł na zarabianie niezły ale z etycznego punktu widzenia...

I właśnie wpadła mi do głowy idea, głupia może ale co tam, napiszę o niej, bo i tak nie wiecie kim zacz jestem . Całkiem niedawno na bilbordach widniała facjata naszego miłującego wszystko i wszystkich premiera, gdzie z zadowoloną jak zwykle miną oznajmiał wszem i wobec: nie róbmy polityki, budujmy orliki:) A wiadomo, że na wszystko trza mamony więc czemu by nie dopisać kilka słów i kasa jak manna spadłaby z nieba. Zatem po zmianach hasło mogłoby brzmieć następująco: nie róbmy polityki, budujmy orliki zatem kochany narodzie wysyłaj esemesiki:) Z pełną odpowiedzialnością napisałam, iż idea głupia, bo do tej pory zamiast boisk trawa lub ściernisko zdobiłyby niektóre obszary naszych wsi i miast, ale intencje były jak najbardziej słuszne.

Odkąd Fenicjanie wymyślili pieniądz, świat i życie kręci się wokół niego, dzięki niemu etc. Liczy się sprzedaż a ile co kosztuje, to już sprawa umowna. A co się dziś najlepiej sprzedaje? A bo ja wiem, pewnie nowość jakowaś, może nowy biust celebytki A albo powiększone usta gwiazdki B lub dujałonabiataplmadl? Przykładów można by mnożyć bez liku a pomysłowość ludzi, którzy wszystko mają na sprzedaż jest nieograniczona jak kosmos, o czym dzieści lat temu "śpiewał" już znakomity aktor Jerzy Stuhr (pozwoliłam sobie sparafrazować ten znakomity tekst):

Sprzedać się każdy może

trochę lepiej lub trochę gorzej

ale nie oto chodzi

jak co komu wychodzi.

Czasami człowiek musi

inaczej się udusi

uuu...

 

 

Komentarze (0)
Przepis na udawanie...

Na okładce jednego  z tygodników społeczno-politycznych trzy gracje -  Jolanta Kwaśniewska, Henryka Bochniarz i Danuta Stenka - pokazują gest Kozakiewicza, oprócz eks first lady, bo jej nie wypada w tym stylu się ukazywać, gdyż nie byłoby to zgodne z jej lekcją. Panie chcą  więcej pieniędzy tudzież takich samych jak mężczyźni za swoją pracę. Gdyby na okładce pojawiła się jakaś anonimowa kasjerka z supermarketu albo pielęgniarka z koczującego  niegdyś miasteczka pod sejmem albo pani profesor etyki, na przykład Magda Środa, to z okładką większość kobiet mogłaby się identyfikować. A tak, skąd pani Kwaśniewska wie, że kobiety mniej zarabiają, skoro nie była prezydentką, bo nie chciała i nie wie, czy otrzymywałaby mniejszą pensję niż jej eks prezydent mąż? A pani Bochniarz jako prezes Konfedracji Pracodawców Prywatnych, chciała być prezydentką ale jej nie wybrano, to nie dyskryminuje swoich pracowników pod względem płacy, gdyż są to głównie kobiety i zarabiają z pewnością średnią krajową w sieci sklepów, jeżdżą na wczasy na wyspy Kanaryjskie i ubierają się u Prady. Sama słyszałam, jak pani ekspedientka  mówiła klientce, że na wyspy to ona pojedzie, ale brytyjskie, bo nie lubi upałów. Nie mam pomysłu, dlaczego Danuta Stenka reprezentuje dyskryminowane aktorki, wszędzie piszą o niebotycznych gażach Kasi Cichopek, a poza tym dziś aktorki głównie grają w reklamach (włączając  Danusię), a słyszałam, że reklamodawcy nie żałują pieniędzy znanym twarzom. Ale problem istnieje, nie tylko w naszym kraju, i należy coś z tym zrobić, dlatego też pro publico bono, dobrze się stało, iż te kobiety mają dość i chcą reprezentować nas, Polki, w walce o równouprawnienie płacowe. Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego na okładce nie pojawiła się jakaś posłanka albo pani minister? Czy w polskiej polityce nie ma zjawiska dyskryminacji płacowej? A może w tej dziedzinie, w przeciwieństwie do parytetów, jest zgodność procentowa i liczebna. A poza tym, dżentelmenki o pieniądzach nie rozmawiają. Oczywiście, polskie dżentelmenki.

Przepis na udawanie

zaszeregowani w konwenans

nie możemy zbytnio

oddalić się od formy

by nie urazić czyichś uczuć


przepuszczamy gesty

przez sito wyobrażeń

doprawiamy słowem

ze szczyptą uśmiechu


gdy osiągniemy cel

zrzucamy maskę

na gruncie neutralnym

i przyglądamy się twarzy

bezkrytycznie

 

Komentarze (0)
Kobieca solidarność...

 

Nie wiem, czy istnieje kobieca solidarność i czy można jej zaufać. Kiedyś trafnie określiła to zjawisko Krystyna Kofta, mówiąc, że kobiety łączą się w nieszczęściu a dzielą w sukcesie. We wciąż zdominowanym przez mężczyzn świecie, kobieca solidarność jest rozproszona; powstają organizacje i stowarzyszenia, kongresy i partie a mimo to wciąż całe obszary zawiadowane są przez mężczyzn głównie i oni decydują o wszystkim a nam kobietom zostawiają pole manewru na znanym gruncie – domowym. Oczywiście nie jest już regułą, że kobieta ma pozostać w domu i otaczać swą opieką ognisko rodzinne, mamy wybór ale kosztuje on nas więcej wyrzeczeń i wysiłku, niż kiedykolwiek przedtem – dzielenie pracy zawodowej z życiem rodzinnym jest trudne na tyle, aby każdy z tych obszarów działał wyśmienicie. Gdyby kobiety bardziej skonsolidowały swe wysiłki i mówiły jednym głosem, a przede wszystkim popierały się wzajemnie, odniosłyby sukces w dziedzinach dla nich samych istotnych – pracy, macierzyństwie, emeryturach, udogodnieniach umożliwiających dzielenie kariery zawodowej z byciem żoną i matką. Wciąż brakuje solidarności, widać to najbardziej w polityce – po raz kolejny wybieramy prezydenta a wśród kandydatów nie ma kobiety, ale to osobny temat do rozważań.
Komentarze (3)
Najnowsze wpisy
2013-12-09 10:35 Polska Razem jest najważniejsza
2013-09-23 12:40 Jeśli nie chcesz mojej zguby
2013-09-05 17:37 Mówią, jak jest
2013-09-02 19:49 Bóg na wyłączność
2013-08-29 12:35 Hava nagila!