iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Hava nagila!

  Radują się me oczy, bo odczytały maila z wiadomością, iż  moje "zgłoszenie zostanie przekazane do sprawdzenia i poprawy", i sprawdziłam, i działa dział "edycja bloga" jak było na początku i niech tak  zostanie na wieki... Internet to potęga, jednak, jego użytkownicy bardzo szybko reagują na nieprawidłowości np. gospodarki czy nieuczciwych producentów i zanim dojdzie do jakiejkolwiek (ciągnącej się w nieskończoność rozprawy sądowej), konsumenci bardzo wyraziście odnoszą się do niesolidnych  dostawców wszelkiej maści dóbr. Zatem bądźmy wdzięczni tym, którzy chcą nam pomóc i pochylają się nad naszym problemem skutecznie (te słowa kieruję do administratora portalu iwoman, między innymi,  który zapobiegł dalszemu pogłębianiu się mej irytacji). 

Jako konsumentka, niewiele różnię się od innych, widzę oszustwa, plastikowe jedzenie, zaniżanie wagi i zawyżanie cen. Promocje bywają absurdalne, jak te np. w Kauflandzie. Mam kotki, takie puchate marudy i dla nich kupuję piasek, regularnie, ten sam produkt, od kilku lat. I co robi sklep? Podnosi cenę o około 60 groszy, po czym wypisuje na kartoniku  skreślone 6,45zł a ponżej 5,49zł. Ten produkt nigdy nie kosztował 6,45zł! Nie rozumiem tej promocji! 

Wczoraj miałam okazję (sic!) kupić proszek w promocji, 7 kg za 20zł. Po zastanowieniu odmówiłam sobie tej przyjemności, no bo co, kurczę blade, niby zaoszczędzę ale połowa proszku zostanie w dozowniku, zwarta niczym gruda skalna a jak wsypę bezpośrednio do bębna i akurat będę prać ciemne rzeczy, to połowa środka piorącgo zostanie na nich, niczym smugi bielejące. Producent, a i co mądrzejsza znajoma, twierdzi, iż to wina wody. Takie lanie wody to nie dla mnie, bo łatwiej zmienić proszek niż wodę w rurach... 

Gorzej, gdy coś kupimy  a to coś psuje się. Na szczęście na gwarancji, pod warunkiem, że ją mamy. Taki świstek papieru, blank, jak to mówią Anglicy, a który zapodział się w mym domu, jak na złość (prezentacja poniżej):

Chodzi o telefon z firmy Orange, smartfon dokładniej. Pół roku użytkowania i nie działa, zatem zanoszę do salonu sprzedaży i proszę o przyjęcie do naprawy wyżej wymienionego sprzętu. Pani pyta o gwarancję, ja jej na to, iż mam umowę, fakturę zakupu. Nie, gwarancja musi być, inaczej nie przyjmie. Jak to nie przyjmie?! Ja mam dokumenty, ważniejsze niż ten świstek papieru a ona uparta jak osioł, nie i nie. No to się zdenerwowałam, i ją werbalnie obraziłam: weź kobieto ten telefon do naprawy! Ja purpurowa na twarzy, bo rzadko zdarza się abym była nieuprzejma dla sprzedawców, ona jeszcze bardziej. Usłyszałam tylko: telefon nie jest zakupiony w naszym salonie i nie mam obowiązku go przyjąć. Koniec.

Jadę zatem do salonu firmowego (inne miasto) i przed wejściem  mantra na uspokojenie. Wchodzę, wyłuszczam problem i zaczyna się... Gwarancja, nie mam, bez gwarancji nie przyjmę, a może pan coś jednak zrobi w tym kierunku, on na to, zobaczę co da się zrobić, a ja na to, proszę mi pomóc, on się pyta, gdzie zakupiłam telefon, to ja mu, iż poprzez inernetową stronę Orange a on popatrzył na mnie i jakby zobaczył UFO... Obcy wtargnął na jego terytorium i gada do niego po marsjańsku... Paczy na mnie i paczy i w końcu duka: pani pokaże te papiery, co dostała od kuriera. Faktura jest, umowa jest, regulamin jest i nawet telefon przyniosłam, ale gwarancji nie mam. Zagubiłam! Siermięga ze mnie. Popaczył jeszcze raz, po czym wstał, poszedł na zaplecze, przyniósł świstek i z rozbrajającym uśmiechem mówi, że znalazł ostani blankiet ale jak swój znajdę to przy odbiorze mam im dostarczyć. Znajdę, doniosę, tylko przyjmijcie do naprawy... 

Finał sprawy

Jadę po odbiór telefonu, podaję pani karteczkę oraz kartę gwarancyjną! Tak, znalazłam, pusty blankiecik, niczym nie zapisany, ot kilka karteczek zadrukowanych.. A pani na to, że to jej niepotrzebne??? I jeszcze ładnie pyta - dostała pani telefon zastępczy? To można było dostać??? 

A na drzwiach tego salonu firmowego wisiało ogłoszenie o pracę, że przyjmą do obsługi klientów. Tego pana, który mnie obsługiwał nie było na stanowisku. Może go zwolnili, bo za dużo gwarancji wydawał z zaplecza?

 

Komentarze (0)
Coming out...

... po raz pierwszy, mimo iż setny wpis się zdarza (hip hip hooray!)

Historia doświadczeń życiowych...W ósmej klasie podstawówki konkurs literacki zostaje ogłoszony  i ja jako "dobra uczennica" (w tym z języka polskiego) musiałam/ miałam napisać opowiadanie na temat problemów okołonastolatkowych. Za komuny wbrew pozorom dorastająca młodzież socjalistyczna miała wiele problemów, w tym narkotyki. No i nie znając tematu dogłębnie szrajbnęłam jakieś opowiadanie. Pierwszym recenzentem był zniewieściały, sepleniący pan dyrektor, który z racji pozycji oraz tego, iż uczył nas P(rzysposobienia) O(bronnego), zażądał dzieła celem oceny, czy szkoła aby wstydu nie zazna, gdy miernotę jakąś wypuści. Na lekcji przeczytał i przy moich kolegach stwierdził, iż Aneta z 8a lepiej wywiązała się z zadania. Miałam wówczas bardzo trudną sytuację rodzinną, patologia na całego, ojciec znęcał się nad nami, pastwił, bij, kradł, targał zeszyty, wyrzucał z domu. Ale w szkole - cicho sza - matka kazała z domu wychodzić i uśmiechać się szeroko jak gdyby nigdy nic... Więc szłam do szkoły poobijana psychicznie z wielkim błazeńskim bananem na gębie, a co! A tu jeszcze grymas niezadowolenia na twarzy dyrektora i pierwsza krytyka. Zabolało? A jakże! Wrażliwa byłam to i odpowiedziałam, iż napisałam najlepiej jak potrafiłam.

I oto nadszedł sądny dzień rozwiązania konkursu - niestety, zdobyłam tylko trzecie miejsce w kategorii szkół podstawowych a Aneta (fajna poniekąd dziewczyna) z 8a - nic. Byłam dumna z siebie, ale dyrektora znielubiłam na wieki.

Miałam wiele marzeń,  czasami najbardziej absurdalnych, i właściwie nikogo wokół, kto by pchnął, podał rękę, abym mogła zrobić krok naprzód. Matka tylko ciągle mówiła - ucz się, ale kasy na książki, słowniki, encyklopedie nie było. Jeździłam palcem po mapie, przeżywałam rozterki bohaterów powieści wypożyczanych ze szkolnej biblioteki, modliłam się, żeby ojca szlag trafił. Nie trafił - ma się całkiem dobrze a ja wciąż na rozbiegu.

Po co to opisuję? A to dlatego, iż dzieciństwo, baza owa, jest swego rodzaju "wyrzutnią" w dorosłość, determinuje wybory, pomaga przetrwać ciężkie sytuacje lub jest punktem odniesienia w chwilach zwątpienia. Krytyka dyrektorka podstawówki była niczym  w porównaniu z odrzuceniem, przemocą, upokarzaniem a w ostateczności całkowitym wyparciem się mnie jako istoty ludzkiej przez jednego z tzw. rodziców.

Jednego uczucia wobec niego pozbyłam się, mam na dzieję, do końca mych dni... Nienawiści, która niszczyła mnie od środka, nie pozwalała normalnie żyć. Dziś odczuwam... obojętność, a ta według Alberta Camus, "jest najgorszym grzechem wobec bliźniego". Zatem niech i tak będzie...

 

Zamiast tortu upamiętniającego 100-ny wpis, pożywne angielskie śniadanie:) Tym razem bez keczupu...

 

Komentarze (0)
Wiadomość od Jennifer...

Piękny, sierpniowy poranek, krople rosy błyszczą niczym klejnoty, stoję na tarasie z filiżanką kawy*, która jest substytutem śniadania, obiadu a może i kolacji też... Tych kaw będzie więcej w ciągu dnia, zakwaszają mój żołądek i  resztę organizmu ale znielubię każdego, kto odradzi mi picie tego wspaniałego napoju, o niesamowitym aromacie, który najbardziej uwypukla swe walory podczas mielenia ziaren. Mam takiego antagonistę w domu (jak większość kobiet:)), który nazywa mój nektar... błotem lub wdzięcznie -  bagienkiem a ja mu na to, iż bardzo dobrze, bo bagienko owo to niczym spa dla ogra Shreka, którego lubię, w przeciwieństwie do mego antagonisty (o czym wspomniałam już powyżej).

Nie bez kozery napomknęłam o kawie** jako żywieniowym środku zastępczym, bo oto przeczytałam  reklamę w jednym z tygodników, której wydawca poświęcił aż trzy strony (a może to było życzenie reklamodawcy) na temat bardzo ważny, który przedstawia nam nieznana bliżej, a zaordynowana w tytule tego wpisu - Jennifer. W społeczeństwie, w którym podobno nie czyta się za wiele, taka reklamowa, przydługa informacja pewnie stanowi nie lada problem gdyż trzeba poświęcić mu nieco skupienia i czasu. Reklamodawca ułatwił nieco zadanie, mającym wieczne pretensje zniecierpliwionym czytelnikom, i oznaczył co istotniejsze "fakty" dużą lub kolorową czcionką.

Zatem o czym owa anonimowa Jennifer (nie do końca to prawda ci jest, bo ma konto na fejsbuku:)) opowiada? Szybciutko zaanonsuję wątek: Panowie, a szczególnie panie, zaczynamy odchudzanie!

Phi?! A co to za temat?! Jak Lenin - wiecznie żywy... Stajemy się społeczeństwem grubasów! Czytam to tu, to tam. Choć to dziwna zależność jest - portfele chudną a ciała przybywa... Bo żeby tyć, trzeba jeść dużo a to kosztuje. Wracając do opowieści Jennifer - wynika z niej, iż żadna dieta jak dotąd nie działała a ta... Jak myślicie? Wiem, "myślenie nie jest łatwe (jak powiedział jeden z bohaterów  "Kubusia Puchatka"), ale można się do niego przyzwyczaić":)

Wzięłam sobie tę jakże wymowną maksymę do serca i potaknęłam... Oczywiście, to była prawidłowa odpowiedź, bo i po co byłaby reklama i zwierzenia coraz bardziej bliskiej mi Jennifer... Wzięłam pod lupę jej wzrost  1,69m oraz jej (nad)wagę  - 92kg oraz swój wzrost - 1,58m i przeliczyłam, ile ewentualnie "powinnam" ważyć, aby zacząć martwić się o wygląd...

Zatem mnożę i dzielę: 1,58x92:1,69=86kg.

No i wyszło, iż mam niedowagę, ponad 20 kilogramów:) Z obecną wagą mam nadwagę ale gdy porównałam się do Jennifer, to sampoczuce wzrosło aż o 200%! Mogę jeść wszystko! - "makaron, pizzę, słodycze do woli",  popijając słodkim, gazowanym napojem i ani grama tłuszczu nie przybędzie! Zapobiegnie temu roślinka zjadana w kapsułkach, trzy razy dziennie, w ilości sztuk - 2. Muszę dotyć wpierwej do 86 kilogramów a potem zakupię program kapsułkowy. Wyliczyłam, na podstawie zwierzeń Jennifer, iż wystarczy mi miesiąc do uzyskania obecnej wagi i około czterech aby... zniknąć.

W literaturze tzw. popularnej również poruszają ten problem; może dzięki temu czytelnictwo w społeczeństwie wzrośnie:)

"- No i jak, Andrea - mówię - trochę się przytyło, prawda?

- To zależy, jak na to spojrzeć. Bo wiesz, ja zamierzałem przytyć sześć kilo, ale udało mi się przytyć tylko cztery, więc tak właściwie, to schudłem o dwa. Racja?"

Z książki D. Castagno "Za dużo wina Toskanii"

* nie mam tarasu, niestety, ale tak wyobrażam sobie picie kawy...

** kawa zakwasza, fakt, więc dziś zamiast z wody z kranu zrobiłam ją z wody mineralnej...

 

 

Komentarze (0)
Rozumiemy się?...

Ja głupia, uboga niewiasta poszłam do lekarza i poprosiłam o pomoc:

- Panie doktorze, pan mi pomoże,

przyszłam na konsultację, mimo iż są wakacje...

Wyciągam z torebki papiery, badania, wyniki, testy i pokazuję mu, nieboga, a on do mnie srogo:

- Zbadam panią i wydam  orzeczenie własne, niezależne od mych kolegów, jasne?!

Tego właśnie oczekiwałam. Mając wątpliwości, co do wniosków innych lekarzy, idąc do kolejnego, chciałam zasięgnąć porady, ot wszystko. W końcu idzie o me zdrowie, ba, nawet życie... Zapragnęłam merytorycznej rozmowy, w miłej atmosferze a tymczasem:

- Pani nie współpracuje, kazała badanie przerwać!

I w dodatku zaczyna mnie pytaniami wnerwiać!

Spojrzałam na niego zdumiona, czerwona lampka  dała sygnał w mózgu, iż niewiele tu wskóram, pod wpływem jakże ostrych słów, wypowiadanych tonem dla imbecyli, poczułam, jak marnieję w oczach oraz wzrost mi się kurczy. Wysłuchałam tyrady do końca, niestety:

- Pani zrobi usg i przyjdzie do mnie ponownie, a wtedy wydam opinię. Bez usg nieczego się pani dziś nie dowie, to tyle. Rozumiemy się?...

Epilog

Przy kontuarze stoję, aby zadać pani rejestratorce bardzo ważne pytanie:

- Proszę pani, ile kosztuje badanie usg i na kiedy można się umówić?

- To zależy, jak jest pani na prywatnej wizycie to usg jest płatne, a jak z NFZ- u, to nie.

- To ja z tej drugiej puli jestem.

Pani wyciąga kajecik i sortuje kartki...

- Noo.. - zaczyna.

Kończę za nią:

- W tym roku już nie ma terminów? (nie żebym była jasnowidzem)

- Nie ma.

Rozumiemy się?



 

Komentarze (0)
Misie - patysie czyli...

 ... klaustrofobia umysłowa.

Co mają wspólnego ze sobą Kubuś Puchatek, patyczki oraz klaustrofobia umysłowa? Otóż... prawie nic, zupełnie prawie nic. Bajeczką o Misiu o Bardzo Małym Rozumku raczyłam mą córkę w czasach jej dziecięctwa a ponieważ zazwyczaj  z bajek wypływają morały...

Zatem całkiem niedawno wykonywałam nader prozaiczną czynność jaką była chęć zakupu wędlin w dobrze zaopatrzonym sklepie mięsnym  w pobliżu mego miejsca zamieszkania. Jak to zwykle bywa, tam gdzie dobry towar, musi i kolejka być, zatem stałam cierpliwie, rozglądając się dookoła znudzonym wzrokiem i rozmyślając o ilości soli  w szynce. W pewnym momencie monotonię ową przerwała dysputa, jaka rozgorzała pomiędzy czyniąca już zakupy klientką a sprzedawczynią. Klientka - kobieta w wieku powiedzmy wczesnoemerytalnym, zażyczyła sobie kilka kiełbasek a jej życzenie zostało skrupulatnie spełnione, tzn. pani ekspedientka najpierw pokazała towar, a następnie umieściła go na wadze i...

- Pani odetnie te patyczki - rzecze klientka do sprzedawczyni. Ta spojrzała na emerytkę wielkimi oczami i nie rozumując o co chodzi, kontynuowała swą czynność (kiełbaski były "zakończone" patyczkami, które jak opisuje producent tychże: "idealnie nadają się do zamykania farszu mięsnego w jelitach").

- Słyszy pani, nie chcę tych patyczków! - zdenerwowana klientka radykalnie wyraziła swą prośbę - zawyżają wagę!

- Ale jak odetnę te patyczki - zaczęła łagodnie ekspedientka - to kiełbaski mogą się rozlecieć podczas smażenia albo gotownia... Może chce pani inne? 

- Nie, chcę te tylko bez patyczków - klientka twardo trzymała się swej decyzji - Nie będziecie na mnie zarabiać!

Nic tak nie rozprasza nudy i nie ożywia atmosfery  w sklepie jak wymagająca klientka. Uśmiechnęłam się pod nosem a i w duchu szpetnie uśmiałam, bo przypomniałam sobie grę w "misie -patysie", gdzie bohaterowie stojąc na mostku nad rzeczką rzucali patyczki z jednej strony a te wypływały  z drugiej. Wygrywał ten, który został odcięty (oops, przepraszam, pomyliłam wątki), który wypłynął jako pierwszy. 

Z bajki zazwyczaj wynika morał, zatem nie obędzie się i tutaj  bez niego, nieco sparafrazowany fragment "Kubusia Puchatka":

 "Kiedy się jest Klientką o Bardzo Małym Rozumku i myśli się o Rozmaitych Patyczkach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą."

 

Komentarze (0)
Gdy rozum śpi...

... budzą mnie esemesy o takiej oto treści:

"50.000zl lub VW Golf! Czy dla takich osob jak matka malej Madzi powinna obowiazywac kara smierci? Odpisz TAK lub NIE lub NIE WIEM /3,69zl/http:/klubwap.pl/3".

Współczesny inkwizytor, który jednakże daje nam wybór. Ba, ale która odpowiedź jest prawidłowa, która predysponuje do ewentualnego otrzymania nagrody? Jest tu mnóstwo wątpliwości, a regulaminu brak. Z drugiej zaś strony, czy ważne jest, co odpiszę? Z pewnością nie, bo nie odpowiedź się liczy tylko liczba wysłanych a te zaś przekładają się na ilość śodków zgromadzonych na koncie organizatora konkursu, którego bank macierzysty może znajdować się na Cyprze, wyspie Man lub w bardziej prozaicznym miejscu, np. w Polsce. Ale nagroda, nie patrząc póki co na wagę pytania, warta jest ryzyka...

Zatem bez zastanowienia klikam szybko TAK, bo zgadzam sie na wszystko, byleby kasa albo samochod i odliczam juz podatek i kalkuluje, co sie bardziej oplaca i wysylam szybko bez polskich znakow...

Wyobrażam sobie taką oto sytuację, iż to właśnie ja zostaję wybrana a organizator wręczając nagrodę wydaje komentarz: wygrała pani 50.000zl, gratulujemy! Pani esemesy z prawidową odpowiedzią TAK przyczyniły się do przyspieszenia wyroku sądu! Sąd miał wprawdzie wątpliwości ale tak to jest w demokracji, iż należy się liczyć z głosem społeczeństwa, a pani jako jego przedstawiciel ułatwiła sądowi podjęcie decyzji. Wyrok zostanie wykonany jutro...

Sytuacja czysto hipotetyczna choć pytanie zadane jak najbardziej  w realu. Ktoś mógłby powiedzieć - to tylko gra, nic więcej. Czy aby na pewno?

 

Na koniec mój osobisty quiz. Czy istnieją zwierzęta większe od koni? Odpowiedz TAK lub NIE lub NIE WIEM. W razie wątpliwości podaję prawidlową odpowiedź: TAK!  A są to:

 

 

 

 

 

Komentarze (0)
Patchwork...

"Przelew na rachunek +882,62zł"

Otrzymałam właśnie pensję (patrz linijka powyżej, pisane kursywą) i nie wiedząc co zrobić z taką kwotą postanowiłam przekazać ją (wzorując się na pani marszałek Kopacz) na cele charytatywne na przykład na fundusz wspierania zubożałych posłów lub posła Kalisza, który skarży się na niskie swe dochody. Zatem jeśli pan Kalisz przypadkiem trafi na ten wpis, to zachęcam go do podania numeru swego konta (o ile nie zgłosi się inny poseł wcześniej) i ja chętnie mu przyleję, przepraszam za moją dysleksję (powinno być: przeleję) kwotę, o którą właśnie się wzbogaciłam; ale co tam! Są bardziej potrzebujący.

Dzień do dnia przyszywam, dziergam godziny, miesiące, lata, by uczynić coś wartościowego z własnego życia (i nie mam na myśli wartości materialnych). Czytam, piszę, słucham, wyrażam zdanie, cieszę się, złoszczę, budzę rano i zasypiam wieczorem. I jeszcze jeden dzień pcham do przodu, kawałek po kawałku składam razem ten czas, który mi został dany na tym padole ziemskim niczym patchwork właśnie. Zawsze można coś odpruć, dofastrygować, coś zmienić, ulepszyć, upiększyć choć bywa i tak, że próbuję naprawić, zszyć niepasujące elementy i mieć poczucie, że mam na nie wpływ. Bo mam, prawda?

Ten kawałek tkaniny gdzieś tam poniewierał się po szufladach; nie jest za ładny, wręcz ohydny i zupełnie nie miałam zamiaru doszywać go do mojego CV. Ale on postanowił inaczej i zdecydował za mnie. Stał się częścią patchworkowego deseniu życiowego i jak na razie nie odpuszcza. Jest niczym obcy w mym ciele, zagnieździł się w nim, umościł wygodne legowisko i póki co ma nade mną przewagę. Ale ja nie z tych, co to obcym pozwalają na szpecenie mej misternie utkanej kołderki. I dziękuję Narodowemu Funduszowi Zdrowia, czyli m.in. byłej minister tego resortu, a wspomnianej powyżej pani Ewie Kopacz, iż pozwala mi na odpruwanie mozolne tego szpetnego kawałka, który nijak nie pasuje do mojego patchworka. Póki co...

I na koniec: keep smiling:)!

Z podręcznika "Edukacja dla bezpieczeństwa" mojej córki gimnazjalistki:

Katastrofa naturalna związana z działaniem nadprzyrodzonych sił to:

A. Klęska żywiołowa

B. Katastrofa naturalna

C. Awaria?

I co? Dalibyście radę zdać test gimnazjalny? 

Komentarze (1)
O tempora, o mores!

"To właśnie obojętność wielu, połączona z gorącą nienawiścią niewielu, przypieczętowała los zwierząt."

Yan Martel "Beatrycze i Wergili"

Nie mam telewizji, więc nie będę mogła na żywo oglądać przebiegu tzw. marszów niepodlegości. Oby zakończyły się pokojowo a nie w atmosferze wzajemnego szczucia się i oskarżania, kto jest większym patriotą.

Smutne to, że tak małe państwo o niewielkim znaczeniu gospodarczo - politycznym w świecie ma tak bardzo skłócone społeczeństwo. Winnych tego zjawiska aż nadto a końca rozłamu nie widać.

Co z nas zostanie, gdy dajemy przyzwolenie na: "wyrzynanie watahy, to był zamach, nikczemny dureń, ty czarownico, katolicka ciota", picie piwa w autobusach, lizanie piany z kolan zakonnika, fanatyzm religijny, szerzenie mowy nienawiści, upolitycznione media, skorumpowanych polityków, pseudopatriotów?

Jak ktoś zna odpowiedź, to proszę pisać ale bez inwektyw.

Póki co, świętujmy!

 



 

Komentarze (0)
Parabank, parażycie, paradoks?...

Co wprowadza świat w ruch? Seks i pieniądze. Nie ma innych opcji.

Pieniądze - każdy ich pożąda, jedni dlatego, że mają ich za mało, inni zaś, że wciąż niedostatecznie dużo. Ci pierwsi kradną, kombinują, pożyczają od innych, ci drudzy kradną, kombinują, pożyczają -  innym. Wśród jednych i drugich oczywiście znajdują się i tacy, którzy zarabiają pieniądze w  sposób uczciwy, ich dochody są legalne, płacą uczciwie podatki, stać ich na normale, dobre, uczciwe życie i ci mogą spać spokojnie, bo nie martwią się, czy jakiś bursztynowy parabank zwróci im ich zasoby finansowe albo czy inny parabank nie wyśle swoich smutnych panów w czarnych beemkach aby odebrali dług. Czyż to nie paradoks? Jednych zgubiła, według opinii publicznej, głupota, chciwość lub chwilowy zanik pamięci, bo należało iść do uczciwego banku i tam złożyć swe finanse na przechowanie, by po jakimś okresie uzyskać więcej od bankiera, który jest poza wszelki podejrzeniem jakiejś tam komisji nadzoru, utworzonej zresztą przez równie uczciwych ludzi, jak ten bankier.

Czyż to nie paradoks? Obywatele, którym uczciwi politycy wyliczyli, że 1500zł brutto płacy minimalnej wystarczy od pierwszego do pierwszego, rzadko kiedy mogą otrzymać kredyt od uczciwego bankiera, zatem udają się do instytucji a la bank, gdzie każdy udzielający tam pożyczki człowiek, nie zostawi potrzebującego w potrzebie. I tych też, wg opinii publicznej, zgubiła głupota, chciwość lub brak matury z matematyki, bo odsetki od tych pożyczek przekraczają nawet rzekome zyski od lokat ulokowanych w bursztynowym parabanku. Zatem mnoga ilość obywateli prowadzi parażycie z parabankiem, gdzie zastawione  jest już wszystko. I nie chodzi tu o kultywownie przysłowia: zastaw się a postaw się.

Seks - każdy go pożąda, w różnej formie. Najbardziej intymna część ludzkiego życia, do której nikt nie powinien mieć dostępu poza samym zainteresowanym, pod warunkiem, że jest mężczyzną. Z kobietami bywa różnie, bo mają macicę. Z seksu czasami powstają dzieci. Albo z miłości. Albo z gwałtu. Czy mężczyznę, który stosuje przemoc wobec kobiety, gwałcąc ją i zapładniając, można nazwać ojcem? Według mnie nie, jest to zwyczajny, zwyrodniały przestępca, dawca spermy. Zaś pan Terlikowski, na którego opinię natrafiłam, uważa, że tak. Jego wypowiedź: "Nie ma kompromisu w sprawie zabijania ludzi" nie dotyczy wojny w byłej Jugosławii tylko wojny płci.

Gwałt jako okrutny element wojny - tak było we wspomnianym powyżej państwie, tak się dzieje w państwach afrykańskich, tak zmusza się kobiety do prostytucji w cywilizowanej, chrześcijańskiej Europie. Te kobiety nie miały i nie mają wyboru. Dziecko urodzone z tego aktu przemocy może zadać pytanie swej mamie: "Mamusiu, kim jest mój tatuś?" A ona patrząc na niego wzrokiem pełnym miłości, odpowiada: "Twoim ojcem jest serb, czarnogórzec lub inny żołnierz, któru akurat był w tym miejscu, gdzie ja byłam. Ale nie martw się ONZ, Trybunał Haski oraz papież stanowczo potępili tego typu działnia."

Jaki to wybór, gdy nie ma wyboru? Karzą nas, kobiety,  za to, że nie mamy wyboru. Czyż to nie paradoks?



 

Komentarze (5)
Wisława Szymborska odeszła...

"Jestem kim jestem.

Niepojęty przypadek

jak każdy przypadek."

Wisława Szymborska W zatrzęsieniu

Komentarze (0)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2013-12-09 10:35 Polska Razem jest najważniejsza
2013-09-23 12:40 Jeśli nie chcesz mojej zguby
2013-09-05 17:37 Mówią, jak jest
2013-09-02 19:49 Bóg na wyłączność
2013-08-29 12:35 Hava nagila!